Poczet zapierdalających
Urlop to świetny czas, żeby sobie przypomnieć ile rzeczy miało się zrobić, gdy już znajdzie się trochę czasu i znajdą się siły witalne. W moim przypadku to zakrawa o paranoiczne rozgrzebywanie wszystkich niezrealizowanych planów na raz. Najczęściej o jakiejś nieludzkiej porze, czyli wtedy kiedy nareszcie złapię do nich motywację. Albo raczej kiedy nagromadzone poczucie winy przerodzi się w desperację. Może to zabrzmi dziwnie, ale cieszę się ze swojego stanu. Sięgając pamięcią jeszcze 10 lat wcześniej zdecydowanie mogę powiedzieć, że jest lepiej, bo potrafię coś wykonać, co przynosi efekt. Fakt, że muszę ze sobą nieustannie walczyć jest nadal trudny do akceptacji. W pewnym momencie nauczyłem się (albo pewnie ktoś mi pokazał), że wywieranie na siebie nieustannej presji to droga donikąd. Zresztą, i tak za 100 lat nic z tego nie będzie, więc dlaczego nie dać sobie fory i w spokoju prokrastynować, ciesząc się otaczającym światem, prawda?
Do refleksji nad tzw. “kultem zapierdolu” i tą nieustanną presją wewnętrznego sierżanta, nieustannie zmusza mnie również każdorazowe otwarcie podręcznika do historii, albo strony Wikipedii jakiejś znanej postaci. Ile osiągnięć! Adam Małysz, pierwsze zwycięstwo w wieku 19 lat. Napoleon zdobywający pół Europy. Szeregi królów, wielkich władców, myślicieli wpływający na kształt świata i sportowców.
No i jesteśmy ja,
i Ty.
Zupełnie nieznaczący. Zapewne już bez złudzeń na zdobycie złotego medalu przed osiągnięciem pełnoletności. A jednak, gdy wczytamy się głębiej w te życiorysy wielkich w oczach innych można odkryć, że przez większość życia to oni byli przegranymi. Zmagali się z ogromnymi przeciwnościami, okryci hańbą, lub nieustannie krytykowani. Sukcesy potrafią być okupione niezliczoną ilością przegranych. I to jest jedyna lekcja, którą mogę faktycznie z tego wyciągnąć. Wygrana to zawsze relatywny punkt, w którym inni ludzie doceniają nasz wkład. Czasami nawet i po śmierci. Czasami tylko w wąskim gronie rozpalonych daną dziedziną. A czasami, co często najtrudniejsze, a być może najważniejsze, jesteśmy zwycięzcami wyłącznie w naszych własnych oczach stojąc przed lustrem.
Giganci rozwoju osobistego
Warto tutaj wspomnieć również kwestię ostatnio bardzo modną, a łączącą się z tym tematem – nieustanny rozwój. Niestety, nie znam genezy całości tego zjawiska. Czy fakt rozwinięcia usług do reszty gospodarki i informatyzacja społeczeństwa? Czy to echo umiłowania nauki ze starożytnej Grecji? Nie wiem. Obecna postać tego zjawiska zdaje się być na rękę zwłaszcza dużym firmom, które zachwalają możliwości dynamicznych zespołów i kuszą platformami do poszerzania swoich kompetencji.
Nie ma oczywiście nic w tym złego, ale jednak zaczyna się to wymykać spod kontroli. W dobie gdy uniwersytety i uczelnie wyższe, a nawet cała edukacja nie nadążają w kierunkowym kształceniu dobrze przygotowanych kadr kolejnych fal młodych ludzi to nagle od tych samych ludzi oczekuje się całego wachlarza umiejętności obok tych już na tej uczelni zdobytych. I to najlepiej w postaci nieustannie trwającego szkolenia samego siebie. Doceniam fakt, że “człowiek uczy się całe życie” stało się tak popularne, ale nie pamiętam, żeby było tam słowo MUSI UCZYĆ. Można by było cały temat potraktować ulgowo, gdyby to były naprawdę niezbędne składowe przetrwania każdego homo sapiens, ale kolejny 3 godzinny trening z różnorodności rasowej czy orientacji seksualnej nie sprawi, że ktoś będzie bardziej tolerancyjny. Przerzuca się koszt nauki, na przykład, narzędzi do wizualizacji danych na pracownika, który żeby osiągnąć biegłość musi to wszystko zrobić swoimi zasobami i kosztem resztek własnego czasu. Który zresztą i tak się nieustannie kurczy.
“…a i tak umiera głupi”
Tutaj wracamy do tematu wielkich ludzi. Nie tylko tych z kart historii, ale też celebrytów i siedzących na górnych szczeblach drabin hierarchii dużych firm. Ilość brzęczących monet na miesiąc, tytuły naukowe i liczba słów “senior” oraz “high” w nazwie stanowiska, wcale nie sprawia, że ci ludzie są nieomylni. Myślę, że jest nawet przeciwnie, ich błędne decyzje kosztują wszystkich dużo więcej. Efekt halo, które wymienione przymioty wytwarzają wokół nich to tylko złudzenie. Złudna wiara społeczeństwa, że ci ludzie operują w kompletnie innej rzeczywistości i ich CV to mała książeczka, a nie jedna strona. Myślę, że tutaj jest właśnie całe kłamstwo źle pojmowanego rozwoju osobistego. Że niezliczona ilość godzin spędzona nad nauką kolejnych super kompetencji wcale do tej boskości nie prowadzi. Że robiąc to kosztem czasu z partnerem, czy starzejącymi się rodzicami, a nawet kosztem własnego rozwoju w obszarze naszych pasji pozbawiamy się tak naprawdę tego co dużo bardziej istotne. I na co przecież pracujemy – na wolny czas i środki do realizacji własnych projektów.
Jeżeli oczekiwania nie pasują do rzeczywistości, to tym gorzej dla rzeczywistości.
Można by było tutaj postawić kropkę. Rant odfajkowany. I tak się nic nie zmieni. Ja dalej będę robić kursy doszkalające, bo jeść trzeba. Uniwersytety dalej będą w większości wciskać, że to jest praca naukowa, a nie przygotowanie zawodowe i wcale nie jest tak, że każda lepiej płatna posada wymaga od nas wyższego wykształcenia (co na szczęście się zmienia). Po co brać odpowiedzialność, że się kradnie ludziom 5 lat z ich życia za niewiele warty papier i kilka zmarszczek na twarzy, skoro się kręci? Wy też będziecie kuć dalej tysiące komend w przeróżnych językach programowania, a i tak o ile się uda dostać, wykorzystywać 20 z nich w pracy. Albo po raz kolejny instalować Duolingo w nadziei, że tym razem nauka niemieckiego przetrwa do momentu kiedy będzie można użyć odpowiedniego rodzajnika bez mrugnięcia okiem. Firmy stawiać nierealistyczne wymagania nowym i obecnym zespołom nie oferując nic w zamian, a gdy przeniesienie kosztu na zainteresowanych nie wyjdzie i cała operacja staje się zbyt droga, zautomatyzować cały proces. Tym sposobem wyrzucając ich czas (i często pieniądze) do kosza.
Ale to nie koniec…
Jest kilka rzeczy, które jako uczestnik tej tragikomedii można zrobić:
Moja rada – po pierwsze trzeba wyznaczyć swoje konkretne finansowe cele w karierze. I co najważniejsze realne. Chcę zarabiać 10k/msc – wchodzę na LinkedIna, raporty z zarobkami z rynku pracy, uczę się podstaw cyklu gospodarki i zapoznaję się z prognozami i zapotrzebowaniem na rynku pracy. Patrzę co mi najbardziej odpowiada z dostępnych opcji i gdzie już mam część umiejętności, lub predyspozycji. Zbieram wymagania na początkowe stanowiska w tej branży i rysuję kolejne szczeble. Ograniczysz w ten sposób niepotrzebnie spędzony czas nad rzeczami, które nie sprawiają, że czujesz psychiczną frustrację i oprawiasz w ramkę nazwisko gościa, który wymyślił tryb 2x na filmach z wykładów.
Po drugie – zamiast 5/6 lat studiów wybierz 3 lata. Wiem, nie w każdej branży się da i że to odważna teza. Ale jeśli się da to przyspieszy to wejście na rynek pracy ze zdobytymi kwalifikacjami. Idealnie jakbyś w ogóle nie potrzebował studiów. Jest multum opcji zawodowych, które, jeśli realizujesz cele głównie finansowej niezależności (nie mylić z jakąś ideą dochodów pasywnych) powinny przygotować Cię do pracy dużo szybciej i skierować na odpowiednie tory. Studia to przede wszystkim czas kiedy powinno się poznać ludzi, którzy z nami studiują i mają zbliżone zainteresowania. W przyszłości te znajomości zaprocentują. Wraz z postępem, papiery większości uczelni będą dalej postępować z utratą wartości, a zaoszczędzony czas i wykorzystany na doświadczenie zawodowe (zwłaszcza, że w Polsce jest PIT0) może być świetną bazą na dobrze płatne stanowiska, czy własny biznes.
Po trzecie – ucz się tego co sprawia ci przyjemność w formach, które są bliższe praktyce i realnemu życiu. Chcesz zająć się stolarstwem – zatrudnij się w sklepie meblowym, lub warsztacie. Odwiedź te miejsca. Organizacja eventów i zarządzanie ludźmi? Jestem pewien, że jest kilkanaście imprez w okolicy przy których możesz pomóc. Zamierzasz zostać opiekunem/ką w przedszkolu, albo trenerem/ką sportu? Egzamin na wychowawcę kolonijnego i jedź na dwa turnusy. Pisanie książek podróżniczych? Kup kilka, idź na spotkania autorskie, wybierz się na podróż autostopem. Suplementuj wszystko odpowiednią literaturą i zobaczysz, że kiedy sam rozwój nie jest celem, a jedynie wypadkową twoich doświadczeń będzie to dużo naturalniej przyswajalne. Tym bardziej w otoczeniu innych, bardziej doświadczonych, stanie się to dużo szybciej i efektywniej.
Po czwarte – nie daj sobie wmówić, że jesteś za głupia/za młody/za stary/za biedna na sukces. Sukces to obstawienie dobrego konia i trzymanie się swojego wyboru, nawet jeśli inni obstawiają inaczej. I również przyjmowanie porażek, gdy jednak to był koń, który przegrał. Będą następne zawody, nie martw się. Głowa nisko i brnij ciągle do przodu.
Po piąte – zwycięstwo w jednej dziedzinie zawsze jest kosztem innych elementów twojego życia. Co więcej, sukces raz zdobyty, może zostać utracony, a nawet skradziony. Po jego zdobyciu wcale świat się nie zatrzyma i nie będzie nieustannych oklasków. Na szczycie jest się samotnym, nawet jeśli to lokalna górka wśród równin. Cisza to przyjaciel, a nie antonim słowa “sława”. Nie róbmy z niego celu samego w sobie. Stare i oklepane – “droga jest sukcesem, a nie jej koniec” jest wciąż aktualne.
Po szóste – jeśli jesteś na wyższym stanowisku i masz pod sobą ludzi za których rozwój jesteś odpowiedzialny staraj się dawać im pole do własnego wyboru tej ścieżki i otwieraj przed nimi możliwości. Nie staraj się wymuszać konkretnych zachowań i doceniaj własną inicjatywę. Tylko w ten sposób ludzie utrzymują motywację, że to co robią ma faktycznie sens. Jeżeli chcesz im przekazać wartości – porozmawiaj. Daj im wyrazić swoje zdanie i nie oceniaj. Bądź częścią procesu rozwoju, a nie żandarmem, czy babką od matmy z metrową linijką. To będzie procentować, bo relacje są szalenie ważnym aktywem w każdej firmie, chociaż nie widnieją w żadnej księdze rachunkowej.
Po siódme – i ostatnie. Przypominam o tym praktycznie co w drugim swoim tekście. Oddychaj. Zwolnij. Rozwój to codzienny nawyk, kropla drążąca skałę, która z wielkiego bloku potrafi po wielu latach odsłonić kolejną rzeźbę Wenus, a raczej Cnoty – czyli w dawnym rozumieniu “zaletą”. Formą doskonałości. Ten proces jest bardzo mozolny i nie może być szybkim laniem z węża ogrodowego w jedno miejsce, bo wtedy rozwijane miejsce przestanie być istotnym elementem całości. Rozwój musi być zrównoważony i obejmować wiele dziedzin na raz. Nawet w dzisiejszej dobie wąskiej specjalizacji wygrywają ci ze zdolnościami adaptacyjnymi i szerokimi kompetencjami, z wiedzą z różnych obszarów. Nawet jeśli nie ekspercką. Nigdy nie wiesz z której strony zawieje wiatr i co aktualnie będzie trzeba rzeźbić, więc wiedza na temat większych części rzeczywistości jest szalenie istotna. Dlatego tym bardziej, spokojnie i z głową. Rozwój dzieje się cały czas i zależy wyłącznie od Twojej aktywności. Dla przykładu – dobry stolarz to nie tylko mechaniczny robot siedzący w warsztacie i wypluwający z siebie kolejne stoliki, czy krzesła. To ktoś kto musi wiedzieć jak jego meble będą używane. Znać się na ergonomii i wykorzystaniu odpowiednich rodzajów drewna. To też osoba, która powinna wiedzieć dla kogo ten mebel jest produkowany i jak podtrzymywać relacje z dostawcami surowców. Jak i też taka, gdy jest to większy zakład potrafiąca zapewnić bezpieczeństwo wykonywanej pracy i odpowiedzialna za zespół, czy nawet lokalną społeczność. Te wszystkie rzeczy buduje się długo, ale zazwyczaj jednocześnie, pozwalając każdemu elementowi dobrze zgrać się z pozostałymi.
Na sam koniec chciałbym to wszystko podsumować, bo wiele spraw zostało tu poruszonych i warto to poukładaćahhh. Myślą przewodnią przede wszystkim jest to, żeby do wszystkich zjawisk zachować odpowiedni dystans. Rozwój osobisty źle zrozumiany to patologiczna i drenująca chęci do życia moda, która pozbawiona prawdziwej satysfakcji tylko napędza już i tak szybko pędzący wyścig w którym jako społeczeństwo musimy brać udział. Leków póki co brak. Są tylko suplementy diety, które na szczęście wydają się chociaż łagodzić ból w swędzących miejscach, jak: szukanie alternatywnych dróg zawodowych, odpowiednie postawy wobec bezmyślnej konsumpcji i zwracanie się w kierunku tego co od zawsze przynosi prawdziwą wartość. Relacje z innymi ludźmi, wychodzenie z rozwojem do prawdziwego życia i łączenie tego w pakiety zgodne z naszym funkcjonowaniem, na szczęście mają nadal niesamowitą przewagę. Sukces osiągnięty dzięki nim jest tylko zwieńczeniem całego procesu, a nie całym jego sensem. Pustym naczyniem, które choć ładnie się prezentuje, właściwie nic nie oznacza. Droga do sukcesu, która raz przebyta, realnie i nieustannie przyczynia się do tego, że jesteśmy w naszym życiu bardziej spełnieni. I nie tylko my, ale także ci, którzy przebyli tą drogę z nami, dopingując nas, lub podnosząc z upadków. Mamie, która robi kanapki, kiedy zakuwasz do egzaminu. Przyjacielowi, który wozi materiały do domu, który budujesz. Ojcu, który bezinteresownie pożycza pieniądze na kolejne inwestycje. Partnerom, którzy pracują Ci ciuchy przed kolejną rozmową o pracę. Nawet nauczycielce z podstawówki, która widziała w Tobie potencjał.
Nie bójmy się tym sukcesem dzielić właśnie z nimi.
Życie to nie będzie nieustanny wyścig, jeżeli nie będzie komu się ścigać.