Wiedzieć, że się nie wie to więcej wiedzieć, niż jak się myśli, że się wie

Sokrates, kiedyś podobno powiedział, że „Wiem, że nic nie wiem”.
 
Tak naprawdę to nie powiedział, ale no cóż. Świat poszedł do przodu i zaczęli tym męczyć w szkołach podstawowych. Kiedy i na mnie przyszła kolej. I pierwszy raz usłyszałem to zdanie, wydawało mi się niedorzeczne i zupełnie paradoksalne. „No bo wie, że nic nie wie, więc jednak coś wie”. Zadowolony z siebie, nie drążyłem tematu, zrzucając tę frazę do szuflady z etykietą „paradoksy i ludowe bon-moty”, zaraz obok carpediemów, tuptających jeży i „gdzie pan się widzi za 10 lat”.
 
W miarę upływających lat jednak zacząłem sobie zdawać sprawę jak bardzo powiększa się stan mojej wiedzy o niewiedzy (rachunek nadal otwarty). Im więcej drzwi otwieram, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że uczenie się przypomina market budowlany na dziale wyposażenia wnętrz. Całe szczęście otwieranie tych furtek, fizycznie i metafizycznie, jest darmowe (i nawet satysfakcjonujące), choć rośnie liczba tych pozostających niedosięgłych dla umysłu, przynajmniej aż do wybudowania kolejnego piętra gmachu wewnętrznej biblioteki własnego umysłu. Brzmi to wszystko syzyfowo i trąci beznadzieją,
 
ALE
 
skutkiem wspinania się po szczeblach niewiedzy, jest przede wszystkim: wzrost ostrożności w osądach, większa pokora i empatia, co już w poważnym stopniu przekłada się na lepiej przemyślane decyzje, zwłaszcza gdy biorą pod uwagę innych ludzi.
 
Dlatego serdecznie zachęcam do częstszego „niewiedzenia”.
Okazało się, że na bazie podobnych obserwacji powstał eksperyment myślowy z dość wdzięczną nazwą – zasłona niewiedzy (ang. veil of ignorance).